Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wystrój domu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wystrój domu. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 listopada 2015

Okno





Zawsze mnie Mama uczyła empatii, pomocy innym i chyba też trochę sama z siebie wielkim wrażliwcem jestem. Zawsze leciałam pomóc koleżankom, nawet gdy tej pomocy nie chciały. No po prostu wielkie serducho dla każdego. Przeżywanie czyichś problemów, dyskutowanie o tym, poszukiwanie rozwiązań. Angażowanie się takie to mam od zawsze.

Taka sytuacja...

Koleżance zwaliło się na głowę 7 plag egipskich, przemarsz wojsk pruskich, generalny remont dróg krajowych i autostrad w jednym momencie. Stoi taka biedna, głowa jej dymi w poszukiwaniu rozwiązania. Brakuje jej samochodu, który się akurat dzisiaj popsuł i jakby go miała to uda się co nie co uratować. Chwila, może wziąć mój samochód. Maciej po mnie przyjedzie. Samochód odda mi jakoś w weekend. Nie będzie mi teraz potrzebny. Bierz. Jedź. Załatwiaj co musisz. Ot taka naturalna reakcja. I najbardziej zaskoczyło mnie zdziwienie w jej oczach, niedowierzanie. Jak to, ktoś chce jej bezinteresownie pomóc. Szok. Prawie łezka w oku, że ja coś takiego, że ją to bardzo ujęło.... To co dla mnie wydawało się zwykłym odruchem człowieczym okazuje się czynem niemal bohaterskim.....

I tak zadaję sobie pytanie co się z nami dzieje....?

Czy ja na tej swojej wsi utknęłam w jakiejś czasoprzestrzeni?

Wstaję rano. Patrzę na świt na polach. Raduję się, że nie leżą odłogiem a są zawsze na czas zaorane, zasiane, przygotowane na zimę. Teraz całe czarne czekają na mrozy i chłoną deszcz, jak gąbka. Czasem się tu ściele mgła, jak mleko. Czasem budzi mnie słońce. Moje wielkie okno na świat, czeka jeszcze na swój wielki parapet, na którym będę siedzieć i dumać. Czasem widzę przez nie stada saren, czasem żurawie. Latem pole kukurydzy. Zawsze widzę bramę wjazdową. Uwielbiam czekać w tym oknie z dzieciakami, aż tata wróci. Siedzimy, śmiejemy się i czekamy. A jak już przyjeżdża to machamy, pukamy i jest tyle radości. I te łapki odciśnięte na szybie. I ciągłe zakręcanie się w firankę i udawania ducha.

Czy ja coś przegapiłam? Już ludzie nie pomagają sobie ot tak, z dobrego serca? Teraz każdy tylko dba o swoje poletko? Pieli je, grabi, podlewa i jaki zbiera plon?

To ja już wolę to moje okno na świat. Trochę zabrudzone pyłem po żniwach.

Dzisiejszy wpis sponsoruje kuferek ślubny :)




  Follow my blog with Bloglovin

piątek, 6 listopada 2015

I like to move it






Czas do spania....

Więc układam wszystkie farby w pracowni. Myję pędzle. Zamykam laptopa (to nie jest taka szybka czynność, muszę pozamykać setki okienek, pozapisywać pliki). Chowam zeszyt zamówień (ważna sprawa, jak zostanie na wierzchu do rana, dopadną go łobuzy i zakolorują cały). Porcjuję obiad na jutro dla Aleksa. Wlewam psom wodę na noc. Zanoszę uprasowane stosiki na górę. Układam ciuchy w garderobie. Składam ręczniki dzieci w łazience. Zbieram porozrzucane ubrania przed kąpielą. Układam zabawki na wannie. Wyrzucam pampersy, waciki i takie tam zgromadzone przez cały dzień. Idę ich przykryć, bo na pewno są rozkopani. Myję się. Kładę się do łóżka i układam w głowie plan dnia na jutro. Zasypiam po sekundzie. Niby sobota ale głupi sobie robotę zawsze znajdzie....

Pamiętam, jak przebywałam na urlopie (do cholery, jakiś dowcipniś nazwał ten czas urlopem) macierzyńskim zawsze miałam niecny plan iść spać, jak dziecię też zaśnie w ciągu dnia, bo przecież nocki wszystkie niepełnowymiarowe były. I codziennie podczas tej przedpołudniowej drzemki rzucałam się w wir sprzątania, prania, gotowania, układania, przenoszenia, zmywania i innego dziwnego ania, bo ciągle "coś" mi nie pozwalało spokojnie usiąść i podelektować się tą chwilą spokoju. Głupi sobie zawsze robotę znajdzie...

Maciej wracał z pracy i widząc szaleństwo w moich oczach brał dzieci na spacer, a ja miałam w tym czasie odpocząć. Ale jak można zasnąć, gdy łazienka nieposprzątana, kurze niestarte (nie chcą się zrolować same), pies niewyczesany, naczynia nie w zmywarce, a to jeszcze przetrę chociaż lustro. Ubrania poskładam. Odkurzę. A blaty w kuchni przetrę. Matko, jedyna kwiaty trzeba podlać, bo padły. O i zabawki, jak zwykle porozrzucane. Poukładam. Głupi sobie zawsze robotę znajdzie....

I kiedy tu usiąść. Pomyśleć. Podumać. Ułożyć sobie wszystko w głowie. Zaplanować. Podsumować?

Niech ktoś zatrzyma wreszcie świat bo wysiadam na pierwszej stacji teraz tu...?

No to wysiadłam. Teraz mam czas na pomyślenie. Pobycie tylko ze sobą. Wyciszenie się. Spojrzenie z innej perspektywy. Docenienie.

I tak jestem w tej pracowni. Na własne życzenie dołożyłam sobie full innych spraw, nie rezygnując z tych poprzednich. Rozciągnęłam dobę i ... dobrze mi z tym..... że sobie zawsze coś do roboty znajdę.

Na zdjęciach kolejne mebelki, które pojechały w świat....



  Follow my blog with Bloglovin

piątek, 16 października 2015

Ogarniasz? Ja nie :)





Oj jakże często słyszę pytania jak ty to ogarniasz? Ja mam połowę z tego co ty, a nie potrafię się zorganizować z niczym...

Hahahaha szkoda, że żadna z tych osób nie zagościła w moim domu w tym tygodniu. Plan był napięty do maksimum. Wszystkie zamówienia musiały wyjść w czwartek, żeby na piątek dotrzeć do adresatów. A ja lekko mówiąc nie ogarniałam kuwety zupełnie.  Jak tylko dzieci szły spać, karmiłam psy, puszczałam je na ogród i bach do pracowni. Zero zbierania porozrzucanych ubrań, zero sprzątania zabawek, dobrze że mam zmywarkę, ale wsadzić ciuchy do pralki już mi sprawiało kłopot w tym tygodniu. W każdym kącie walało się coś, co powinno być gdzie indziej. Szał po prostu.

I tak rolując transfery i malując pytam się, gdzie ta ogarnięta kobita, matka dzieciom, żona mężowi, córka matce, hodowczyni, marketingowiec, blogerka i właścicielka WoodPassion. Gdzie ten świeży obiad na stole? Pachnące ciasto? Wypielęgnowane paznokcie? Wysprzątany dom? Teraz to by wszyscy padli ze śmiechu i odkryli amerykę łał ona jest nieogarnięta tak jak ja... hihihi.

Cele tygodnia jednak wypełnione. Wszystko zostało wysłane o czasie :)

Nie uszczknęłam ani chwili z żelaznego czasu dla moich dzieci. Co z tego, że były kupne pierogi na obiad. Po nim mieliśmy swój czas na zabawę, czytanie książek, rysowanie, leżenie do góry brzuchem, łaskotanie.... śmiech ten beztroski. Skoro to było ogarnięte to reszt to pikuś. 

Ile już razy słyszałaś, że nie warto się spinać, robić z siebie super chruper babki, która ogarnia wszystko w sekundę? 100? To dlaczego nadal się spinasz? Co jest ważniejsze - czysta podłoga czy czas z dzieckiem, z mężem, z przyjaciółka, z matką, z samą sobą....? Piszesz do mnie i pytasz o receptę... Nie ma takowej, ciesz się chwilą, wyluzuj, nie spinaj się, zacznij być, przeżywać, czuć, dotknij dnia całą dłonią, a nie muskaj go opuszkami palców. Czas biegnie? Oj nie, czas Kochana pędzi prędkością ponaddźwiękową, ja nie wiem kiedy mi ten rok minął...

O czym ja mówię? :) Wiem co mówię, na głowie mam całą armię rzeczy i co z tego? Chcę Ci powiedzieć, że nie warto się zadręczać drobiazgami. Masz dzieci/psy? Nie będziesz mieć sterylnego domu :) Po prostu :) Ważne, aby dać im sterylną i doskonałą miłość :)

Na zdjęciach nowy model świeczników. Wykonany na specjalne zamówienie z wielką przyjemnością został włączony do oferty :)


Follow my blog with Bloglovin

wtorek, 13 października 2015

P jak przyjaciel córcia









Pytasz jak rozpoznać,że to przyjaciel, skąd wiedzieć, że to ta osoba która będzie przy tobie zawsze? Która Cię zrozumie, wysłucha, doradzi, pośmieje się z Tobą i pociągnie za warkoczyk gdy będzie trzeba. To wbrew pozorom nie jest takie trudne, nie musisz Kochana przeprowadzać testów psychologicznych ani fizycznych. Przyjaciela łatwo rozpoznać. Nie ukrywa się, jak wróg.

Przyjeciel po prostu jest. Nie musisz po niego dzwonić. Pisać. Wołać. Prosić go, aby się z Tobą spotkał. On jest na wyciągnięcie ręki. Zawsze. I gdy trzeba się wyżalić i gdy napić z radości. Nigdy nie sprawi, że poczujesz się samotnie.

Przyjaciel zawsze będzie Cię wspierać w Twoich wyborach. Nawet jeśli postanowisz diametralnie zmienić swoje życie. Wywrócić swój świat do góry nogami. On będzie przy tobie tkwil niewzruszenie. Od przyjaciela nie usłyszysz nigdy nie poznaję cię,ale się zmieniłaś, przyjaciel cię zna wiec wie z czego ta przemiana wynika i w ogóle nie będzie zdziwiony. Przyjaciel nie będzie zazdrosny, jak urodzisz dziecko, nie będzie patrzył na Ciebie jak na ufo gdy odkryjesz swoją pasję, nawet jeśli tej pasji kompletnie nie będzie rozumiał. Od przyjaciela nie usłyszysz pytania ale dlaczego Ty w ogóle to robisz? On to wie.

Przy przyjacielu nigdy nie będziesz czuła się niezręcznie, cisza między wami nigdy nie będzie mierzić, a słowa będą wypowiadane gładko.
Nawet jeśli przez jakiś czas nie będziesz mieć kontaktu z przyjacielem, zawsze odnajdziecie wspólny język nieważne ile lat was podzieli. Z przyjacielem nie musisz widzieć się codziennie, aby wiedzieć że cokolwiek się nie wydarzy to przyjedzie do Ciebie nawet z drugiego końca tęczy.

Przyjaciela możesz odnaleźć nie tylko w koledze, koleżance ale i w mężu, mamie, tacie..... babci.... zupełnie nie znanej wcześniej osobie....

Będziesz się na pewno mylić przyjaźń ze zwykłą znajomością, popłaczesz. Zawiedziesz się nie raz i nie dwa. Ale nie dawaj za wygraną, choć serce będzie boleć. Potraktuj to jak gorzką, ale lekcję i wyciągaj wnioski. Z gorzkimi lekcjami jest jak z gorzką czekoladą, smakuje gorzej niż ta mleczna z orzechami, ale jest o niebo zdrowsza i krzepi.

Dzisiejszy wpis sponsoruje kufer różany, pasuje wyłącznie do romantycznych sypialni, w których śnią się piękne sny :))))








  Follow my blog with Bloglovin

piątek, 9 października 2015

1:30






1:30 w nocy. Ledwo co położyłam się spać. Przyszedł ten pierwszy, boski sen... jest fantastycznie, nareszcie :) uwielbiam ten moment.

Cholera.... Słyszę jakiś niemrawy płacz. Taki cichy... zawsze się budzę, nawet na cichy jęk... wiec idę "ciut" nieprzytomna. Może wystarczy potrzymać za rączkę i zaśnie ponownie.. dotykam odruchowo czoła... rozpalone. No nie... idę na dół po Ibufen i wodę. I już zostaję.... sen? jaki sen? coś było? kiedy?

Aleks nie może spać przez gorączkę. Siedzę przy łóżeczku. Głaszczę Go po głowie. Trzymam za rączkę. Co chwila chce pić, w końcu trzeba zmienić pieluchę, co mi głowa opadnie to o coś nowego prosi, więc oczy się otwierają, ni stąd ni zowąd budzi się Misia, jakby wyczuła, że w pokoju obok coś się dzieje.... chcę ja zanieść do nas, do sypialni, do taty. Ale nie, ona ze mną musi i od razu bródka w podkówkę. Więc rozkładam na podłodze gruby koc, poduszkę i kładzie się obok mnie.

Chyba zasnęłam, bo jak się ocknęłam to mam zdrętwiały kark. Cały obolały bok. Ręki, która trzymała Aleksa za dłoń też nie czuję. Dotykam czoła . Gorączka ustąpiła. Misia śpi. Wstaję, choć zdrętwiała cała jestem niemożebnie. Zanoszę po cichu Misię do jej łóżeczka. Okrywam Aleksa i wczesnym świtem wracam do własnego łóżka. Niczym zombie.... na szczęście w tym łóżku jest ciepło, ktoś mnie obejmuje ramieniem i zasypiam.

To zwykła gorączka, kaszel, katar - przejdą, dziękuję codziennie że nie sypiam na podłogach w szpitalach modląc się o cud, że nie widzę Ich cierpienia i braku nadziei, chociaż ponoć ona umiera ostatnia, ale obym nie musiała jej żywotności sprawdzać na własnej skórze.

Więc nie narzekaj mi, że znowu musiałaś wstać w nocy, że Młoda chora trzeci tydzień z rzędu, że szef już ma dosyć, że się wyspać nie możesz i wydajesz krocie na lekarstwa.... nie narzekaj....

Na zdjęciach zawieszka na drzwi dla pary młodych osób, która zaczynaja wspólną, trudną, fascynującą drogę mieszkania razem 
oraz piękne paznokcie Misi i mieczyki, które dostałam od mojego Dziadka :)
Pozdrawiam Was ciepło. 

Follow my blog with Bloglovin

wtorek, 15 września 2015

Kuchnia nareszcie

Follow my blog with Bloglovin




Aleks ma taką przypadłość, że jak trzeba się wyspać z niedzieli na poniedziałek to jemu jakoś z tym snem nie po drodze. A, że to moja kolej, aby wstać to o 3:15 poszłam go utulić i potrzymać za rączkę, wiercił się niemiłosiernie, w końcu padło mama mlieko, poszłam, pił chyba z pół godziny, po łyczku. Potem co już myślałam, że śpi to właśnie się budził... w końcu po 1,5 godziny dałam za wygraną i poszliśmy spać do sypialni, 15 minut później przydreptała Misia... miałam więc trochę czasu na ułożenie sobie w głowie o czym bym chciała dzisiaj napisać :))))

A szczęśliwa jestem, bo nareszcie wykończyłam sobie kuchnię, postawiłam tą mała kropeczkę nad i. Już miałam całą wizję jak ma wyglądać i  ciągle nie było czasu, i wreszcie pomiędzy rolowaniem transferów i lakierowaniem wskoczyłam na krzesło i wykończyłam ten nieszczęsny okap .... no oczywiście decu... no bo przecież jak :) Deskę zrobił mój niezastąpiony mąż i jest :) mi się podoba... tak miało być.

Bo kuchnia to ważne miejsce w każdym domu chyba. W kuchni są najlepsze pogaduchy i imprezy. Pamiętam, jak w naszej małej kuchni wspólnie przygotowywaliśmy święta. Ja z Mamą przy garach, Mały plączący się pomiędzy nogami, no i te zapachy, ale głównie pamiętam niekończące się rozmowy o wszystkim. Bardzo niewygodny mieliśmy wtedy narożnik do siedzenia, ale nikt się nie skarżył :) Spać szłyśmy późno w nocy, powłócząc nogami...

Imprezy te najlepsze też zawsze przenoszą się do kuchni... a im mniejsza tym więcej ludzi się tam zmieści. Mieliśmy nasz dom może już z dwa lata i wymarzyło mi się, aby coroczną wigilię klasową zorganizować w moim domku. Tak, tak wigilię klasową. Mam to szczęście, że z moją klasą z liceum spotykamy się co roku, od kiedy skończyliśmy szkołę, właśnie na Wigilię. Jak jeszcze byliśmy na studiach to wynajmowaliśmy kawiarenki, a teraz każdy gdzieś tam lokum swoje ma więc idziemy całą bandą na spotkanie obowiązkowe przed świętami. Co roku gdzie indziej. No i tego roku miało być u mnie..... wszystko przygotowane, miejsce dla dzieci (bo przychodzimy całymi rodzinami), pełno krzeseł, nowy stół (kupiony specjalnie na tę okazję) no i gdzie skończyła się impreza??? W kuchni oczywiście, wszyscy stali, rozmawiali, było fantastycznie.....

więc ta kuchnia ważna jest.... moja jest w przestrzeni otwartej połączona z jadalnią i salonem, więc jak już uda mi się coś gotować to zapachy roznoszą się wszędzie :)

A te aniołki to jedne z pierwszych moich prac w decoupage, na nich trochę się uczyłam... cały czas je mam :)



I parę jeszcze doniczek, które też kiedyś popełniłam








wtorek, 8 września 2015

Do A.

Follow my blog with Bloglovin








Jak to się stało i kiedy to sama nie wiem. Pamiętam, że jeszcze wczoraj zastanawialiśmy się czy to już dobry czas żeby Ciebie mieć... czy Misia nie za młoda, czy w pracy jakoś się ułożyło... czy będę mieć w sercu jeszcze tyle miejsca, aby Cię pokochać tak samo, jak Misię.

Dowiedzieliśmy się, że już jesteś w Wigilię, taki oto prezent nam zgotowałeś... pamiętam, że siedzieliśmy z Tatą na podłodze w salonie, patrzyliśmy na te dwie kreski i radość przeplatała się z lekkim strachem i obawą. Wiedzieliśmy już bowiem z czym wiąże się ciąża, poród i potem pojawienie się dziecka na świecie.... ale nie było już odwrotu :))))))))) Ja oczywiście najbardziej oczekiwałam na Twoje bijące serduszko, a potem na Twoje ruchy w brzuszku.... jak się ruszałeś to byłam spokojna.

A teraz co... masz już 2 lata, jesteś dużym chłopcem (tylko ten smoczek...). Masz swoje zdanie, charakterek, nie lubisz spać sam, lubisz się tulić, często mówisz "kocham", śmiejesz się słodziakowato, uwielbiasz Misię, jesteś szybki i bystry, wściekasz się jak coś nie idzie po Twojej myśli, masz śliczne błękitne oczy, lepiej Ci w dłuższych włoskach, chociaż Tata z uporem maniaka ścina Cię na rekruta... uwielbiasz wszystko co jeździ i to w dodatku szybko, dużo mówisz i tak wyraźnie, wreszcie umiesz się przedstawić i powiedzieć ile masz lat...Tak jak i Misia kochasz książki, chociaż jesteś w Nią zapatrzony, jak w obrazek to jednak dużo różnic między Wami :)

A ja jestem typowym przykładem matki, której serce się po prostu powiększyło, abyś mógł tam wskoczyć i zamieszkać. Jak się uśmiechniesz i się przytulisz to zapominam, że miałam gorszą chwilę.

Życzę Ci Synku, abyś

zawsze miał odwagę podążać własną drogą
był dobrym człowiekiem nie tylko dla innych ale i dla siebie
miał przy sobie zawsze kogoś, kto będzie z Tobą na dobre i na złe (nie nie chodzi mi o tabun "przyjaciół" wystarczy jedna osoba, ale ta właściwa)
zawsze mógł się tak beztrosko śmiać
kochał zwierzęta i się o nie troszczył
pielęgnował w sobie więź z Misią, żebyście byli dla siebie nawzajem ostoją i podporą gdy nas zabraknie
znalazł w życiu to "coś" co sprawi, że będziesz po prostu szczęśliwy
żył w kraju, w którym nie ma wojny i abyś mógł być wolnym człowiekiem....

piątek, 4 września 2015

Włącz im te bajki

Follow my blog with Bloglovin


Matko jedyna no nic się nie da zrobić na spokojnie... Wszyscy głodni, więc trzeba szybko jakiś makaron najlepiej ugotować, sos pomidorowy, mięsko i już za chwilę jemy, dajcie mi maks 20 minut ...

Mamo jabłuszko... nie całe... pokrojone... na drobniejsze kawałki
Ja teeeeżżżżżżżżżżżżżżż
Nie w jednej miseczce, niech on ma swoją
Na blat
Ja też chcę na blat
Mamo piciu
Ja też chcę piciu
Ze słomką
ja też ze słomką
Mogę wsypać sól
Ja też
mogę pomidorka zjeść
ja też
Mamo jogurta... nie pomarańczowego...fioletowego
Siku
chcę zejść z blatu
Mamooo zrobiłam kupęęęęęęęęęęęęę
Ja chcę zobaczyć kupe.....
Na blat
Ja też
.....

I tak sobie razem "gotujemy"... te rączki wkładane są w każdą miskę, garnek, zabierają obierki, przyprawy, mieszają w mięsie, zostawiają ślady na szybie, zabierają mi wszystkie drewniane łyżki, ściągają rolety, ładują się pod wodę z kranu, grzebią w szafce z kubkami, zabierają sobie jedzenie

skarpetki pełne okruszków, mokre od wody wylanej na blat

buzie się nie zamykają ... opowiadają, gadają, są umorusane jeszcze zanim nakryjemy do stołu, ciągle mielą jakieś jedzonko, jabłuszka, marchewki, pomidory, piją wodę

A ja w tym całym chaosie próbuję coś w międzyczasie pokroić, wrzucić do garnka, na patelnię, doprawić... obiad jemy w końcu po 40 minutach... w sumie to tylko my, bo dzieci już najedzone podczas gotowania, biegają dookoła kominka.....

Czasem można zwariować, poparzyć się gorącym olejem i paść na twarz... czasem mam ochotę włączyć im bajki i niech oglądają, niech dadzą mi 20 minut spokoju, niech nic nie chcą i nic nie mówią...... ale kiedy podchodzi do mnie taki mały krasnoludek, kiedy zarzuca mi ręce na szyję, mocno się przytula i mówi mama kocham cię  to cała się rozpływam, to wiem że to wszystko ma sens, że warto "dać" im ten czas, to zainteresowanie, ten luz, nie zbywać, słuchać, rozmawiać, pokazywać.

Kiedyś usłyszałam od mamy dwójki dzieci, że się złamię, że nie dam rady, że włączę ten telewizor żeby mieć chwilę dla siebie.... że to jest wygodne, naprawdę....

Tylko, że Oni tak szybko rosną, że za chwilę puszczą te nasze ręce i pójdą w świat sami, więc lepiej żeby mieli świadomość, że nie byli i nie będą przestawiani z kąta w kąt....

A jak już mowa o wspólnym biesiadowaniu przy stole to uwielbiam robić obrączki do serwetek, takie oto ostatnio stworzyłam :)







wtorek, 1 września 2015

W tym domu

Follow my blog with Bloglovin


Czasem wszystko jest poukładane, zaplanowane, zabukowane. Odbieram Misię, jedziemy na szybkie zakupy, wracamy, wyprowadzamy psy, lejemy je wodą bo gorąco, robimy szybki obiad, wracają chłopaki, jemy obiad....

i nagle wydarza się rzecz niespodziewana, jeden telefon, dla którego rzuca się wszystko i pędzi się na oślep i pomaga. Każdy się "nagina", odkłada swoje plany, każdy pomaga i staje na wysokości zadania.... bo jak się ma małą rodzinę to nie ma gdzie się rozpłynąć odpowiedzialność... nie mogę powiedzieć dobra ja teraz nie mogę niech pojedzie ktoś inny, bo tego "ktosia" po prostu nie ma, jestem tylko ja i tylko ja w tym momencie jestem potrzebna.... więc muszę być tam gdzie powinnam .... gdzie mnie potrzebują

więc nie ma zakupów, psy wyprowadzone na krótko (odbijemy to sobie wieczorem), obiadu nie ma (jest mrożona pizza albo kanapki)... kwiaty nie podlane... dzieci biorę ze sobą i lecę... i jestem, zawsze...

Bo jak się ma małą rodzinę, to jak ja potrzebuję pomocy to wiem, że każdy z nich zrobi to samo, rzuci swoje plany, swój czas na odpoczynek, zapomni o zmęczeniu i jedzeniu i przyjedzie, na łeb na szyję, będzie, pomoże, poradzi, przytuli, wyciągnie samochód z rowu, przyjedzie z kanistrem paliwa, odbierze dzieci z przedszkola, pożyczy pieniądze nie pytając na co, spędzi 2 godziny na kreatywnej zabawie z siostrzeńcami, zaopiekuje się psami.... kopnie w tyłek, postawi do pionu, otrze łzy, wyciągnie z piekarnika dymiącego kurczaka który piekł się 4 godziny i otworzy wszystkie okna, powie że to wszystko to nic bo mamy siebie i to najważniejsze i jesteśmy zdrowi i mamy po dwie ręce do pracy więc szczęściarzami jesteśmy i dom mamy i kiedyś go wykończymy.....

I niech się Misia i Aleks tego uczą, tak ma być, tak musi być.... że zawsze jesteśmy odpowiedzialni za naszą małą rodzinę, że nic nie może być ważniejsze, że jak się wali świat to musimy być wszyscy razem, żeby kiedy jest dobrze umieć sobie spojrzeć w oczy i naprawdę się tym cieszyć. W rodzinie nie żyjemy na pokaz, dla szpanu... dla pochwał Nie musimy specjalnie zapraszać się na obiad raz na miesiąc, stroić się na spotkanie, ubierać najlepsze ciuchy i buty,  jesteśmy ze sobą tu i teraz... na wyciągnięcie ręki, na chwilę spędzoną przy płocie, na parę słów zamienionych przed snem, na szybką kawę bo zaraz musimy biec do swoich obowiązków, na krótki telefon w ciągu dnia żeby usłyszeć swój głos.

I Dzieci są z nami w każdej chwili, również tej gorszej, gdzie płaczemy, martwimy się, denerwujemy, stresujemy... obserwują, jak się daje wsparcie i jak się je bierze i będą z nami zawsze, nie będę im tego oszczędzać, niech się uczą bo to najważniejsza nauka dla nich.

To są moje fundamenty, które pozostaną gdy wszystko inne legnie w gruzach: praca, znajomi... przyjaciele

Takie tabliczki do powieszenia tylko w tych domach pełnych miłości