piątek, 4 września 2015

Włącz im te bajki

Follow my blog with Bloglovin


Matko jedyna no nic się nie da zrobić na spokojnie... Wszyscy głodni, więc trzeba szybko jakiś makaron najlepiej ugotować, sos pomidorowy, mięsko i już za chwilę jemy, dajcie mi maks 20 minut ...

Mamo jabłuszko... nie całe... pokrojone... na drobniejsze kawałki
Ja teeeeżżżżżżżżżżżżżżż
Nie w jednej miseczce, niech on ma swoją
Na blat
Ja też chcę na blat
Mamo piciu
Ja też chcę piciu
Ze słomką
ja też ze słomką
Mogę wsypać sól
Ja też
mogę pomidorka zjeść
ja też
Mamo jogurta... nie pomarańczowego...fioletowego
Siku
chcę zejść z blatu
Mamooo zrobiłam kupęęęęęęęęęęęęę
Ja chcę zobaczyć kupe.....
Na blat
Ja też
.....

I tak sobie razem "gotujemy"... te rączki wkładane są w każdą miskę, garnek, zabierają obierki, przyprawy, mieszają w mięsie, zostawiają ślady na szybie, zabierają mi wszystkie drewniane łyżki, ściągają rolety, ładują się pod wodę z kranu, grzebią w szafce z kubkami, zabierają sobie jedzenie

skarpetki pełne okruszków, mokre od wody wylanej na blat

buzie się nie zamykają ... opowiadają, gadają, są umorusane jeszcze zanim nakryjemy do stołu, ciągle mielą jakieś jedzonko, jabłuszka, marchewki, pomidory, piją wodę

A ja w tym całym chaosie próbuję coś w międzyczasie pokroić, wrzucić do garnka, na patelnię, doprawić... obiad jemy w końcu po 40 minutach... w sumie to tylko my, bo dzieci już najedzone podczas gotowania, biegają dookoła kominka.....

Czasem można zwariować, poparzyć się gorącym olejem i paść na twarz... czasem mam ochotę włączyć im bajki i niech oglądają, niech dadzą mi 20 minut spokoju, niech nic nie chcą i nic nie mówią...... ale kiedy podchodzi do mnie taki mały krasnoludek, kiedy zarzuca mi ręce na szyję, mocno się przytula i mówi mama kocham cię  to cała się rozpływam, to wiem że to wszystko ma sens, że warto "dać" im ten czas, to zainteresowanie, ten luz, nie zbywać, słuchać, rozmawiać, pokazywać.

Kiedyś usłyszałam od mamy dwójki dzieci, że się złamię, że nie dam rady, że włączę ten telewizor żeby mieć chwilę dla siebie.... że to jest wygodne, naprawdę....

Tylko, że Oni tak szybko rosną, że za chwilę puszczą te nasze ręce i pójdą w świat sami, więc lepiej żeby mieli świadomość, że nie byli i nie będą przestawiani z kąta w kąt....

A jak już mowa o wspólnym biesiadowaniu przy stole to uwielbiam robić obrączki do serwetek, takie oto ostatnio stworzyłam :)







wtorek, 1 września 2015

W tym domu

Follow my blog with Bloglovin


Czasem wszystko jest poukładane, zaplanowane, zabukowane. Odbieram Misię, jedziemy na szybkie zakupy, wracamy, wyprowadzamy psy, lejemy je wodą bo gorąco, robimy szybki obiad, wracają chłopaki, jemy obiad....

i nagle wydarza się rzecz niespodziewana, jeden telefon, dla którego rzuca się wszystko i pędzi się na oślep i pomaga. Każdy się "nagina", odkłada swoje plany, każdy pomaga i staje na wysokości zadania.... bo jak się ma małą rodzinę to nie ma gdzie się rozpłynąć odpowiedzialność... nie mogę powiedzieć dobra ja teraz nie mogę niech pojedzie ktoś inny, bo tego "ktosia" po prostu nie ma, jestem tylko ja i tylko ja w tym momencie jestem potrzebna.... więc muszę być tam gdzie powinnam .... gdzie mnie potrzebują

więc nie ma zakupów, psy wyprowadzone na krótko (odbijemy to sobie wieczorem), obiadu nie ma (jest mrożona pizza albo kanapki)... kwiaty nie podlane... dzieci biorę ze sobą i lecę... i jestem, zawsze...

Bo jak się ma małą rodzinę, to jak ja potrzebuję pomocy to wiem, że każdy z nich zrobi to samo, rzuci swoje plany, swój czas na odpoczynek, zapomni o zmęczeniu i jedzeniu i przyjedzie, na łeb na szyję, będzie, pomoże, poradzi, przytuli, wyciągnie samochód z rowu, przyjedzie z kanistrem paliwa, odbierze dzieci z przedszkola, pożyczy pieniądze nie pytając na co, spędzi 2 godziny na kreatywnej zabawie z siostrzeńcami, zaopiekuje się psami.... kopnie w tyłek, postawi do pionu, otrze łzy, wyciągnie z piekarnika dymiącego kurczaka który piekł się 4 godziny i otworzy wszystkie okna, powie że to wszystko to nic bo mamy siebie i to najważniejsze i jesteśmy zdrowi i mamy po dwie ręce do pracy więc szczęściarzami jesteśmy i dom mamy i kiedyś go wykończymy.....

I niech się Misia i Aleks tego uczą, tak ma być, tak musi być.... że zawsze jesteśmy odpowiedzialni za naszą małą rodzinę, że nic nie może być ważniejsze, że jak się wali świat to musimy być wszyscy razem, żeby kiedy jest dobrze umieć sobie spojrzeć w oczy i naprawdę się tym cieszyć. W rodzinie nie żyjemy na pokaz, dla szpanu... dla pochwał Nie musimy specjalnie zapraszać się na obiad raz na miesiąc, stroić się na spotkanie, ubierać najlepsze ciuchy i buty,  jesteśmy ze sobą tu i teraz... na wyciągnięcie ręki, na chwilę spędzoną przy płocie, na parę słów zamienionych przed snem, na szybką kawę bo zaraz musimy biec do swoich obowiązków, na krótki telefon w ciągu dnia żeby usłyszeć swój głos.

I Dzieci są z nami w każdej chwili, również tej gorszej, gdzie płaczemy, martwimy się, denerwujemy, stresujemy... obserwują, jak się daje wsparcie i jak się je bierze i będą z nami zawsze, nie będę im tego oszczędzać, niech się uczą bo to najważniejsza nauka dla nich.

To są moje fundamenty, które pozostaną gdy wszystko inne legnie w gruzach: praca, znajomi... przyjaciele

Takie tabliczki do powieszenia tylko w tych domach pełnych miłości